RSS
czwartek, 01 września 2016

1 września i po wakacjach... No chyba, że jest się studentem to jeszcze miesiąc odpoczynku. Pod warunkiem oczywiście, że nie ma się jakiejś poprawki :)

Od jutra wszystko wróci do normy i do normalności. Miło sobie odpocząć latem, ale coraz bardziej doceniam tę normalność. Co prawda znowu trzeba będzie się rano użerać z dzieckiem, żeby wstało, zwłaszcza teraz - po wakacjach - trudno się będzie przestawić, ale mam już szczerze dość tej szarpaniny o siedzenie przed komputerem. Bo poza wyjazdami było tak: wstawał skoro świt po południu, szybkie mycie, śniadanko i sieciówka z kolegami + krocie wydane na pays of card'y. Przychodzę z pracy: "jadłeś obiad?". "Nie miałem czasu." Really? A później ciągłe próby wygonienia go na dwór i odpędzenia od kompa. Masakra. Aż chciałoby się krzyknąć: niech żyje szkoła! A po lekcjach będzie zasuwał na basen albo karate - w zależności od tego, którego dnia. Nie ma wychowywania kanapowco - komputerowca, nie zaradnego życiowo histeryka przywiązanego do gier i FB. Brr. 

Wczoraj wkurzywszy się, że przez dwa miesiące nie znalazł czasu na zrobienie porządku w rzeczach szkolnych i zarchiwizowanie zeszytów z zeszłego roku (książki musieli oddać, więc chociaż zeszyty trzeba przechować do egzaminów), wywaliłam wszystko z szafki i biurka, i kazałam zrobić z tym porządek. Boże, a takie to niedawno było poukładane dziecko. Nie poszedł spać dopóki nie miał wszystkich lekcji odrobionych porządnie i nie był spakowany i przygotowany na następny dzień. A od roku trzeba wszystkiego dopilnowywać jakbyśmy wrócili do najmłodszych klas podstawówki, tylko że wtedy szkolne obowiązki były nowością, a teraz... Nastolatek. Całe szczęście, że chociaż dba o higienę i swój wygląd. Wczoraj nawet zostałam poproszona wieczorem o przycięcie mu włosów (z usług fryzjerów jest niezadowolony, bo za krótko przycinają ;) a matkę można kontrolować). Na szczęście zaopatrzyłam się swego czasu w profesjonalne (choć bez przesady) nożyczki fryzjerskie i już dawno wydatek się zwrócił, a poza tym fajnie nimi się ścina.

Dziś mam wolne. Uniknęłam korków związanych z wyjazdami rozhisteryzowanych rodziców do szkół. Słowo daję - mam dziecko w gimnazjum, a mimo tego niektórzy rodzice jeżdżą jeszcze z dziećmi do szkoły na rozpoczęcie i zakończenie roku szkolnego. Miny tych dzieci i ich unikanie, nawet wzrokiem, spotkania z rodzicielami w obecności rówieśników - bezcenne. "Zapomniał wół..."

Jesień, albo prawie jesień. Zależy jak na to patrzeć. I znów kusi mnie blond wpadający w jasnorudy, choć wiem, że jak się skuszę, to po pocieszeniu się nowością będę później żałować, że trudno się go pozbyć...

Jak co roku miałabym ochotę dziś na jakiś dobry film wojenny. Ale jak co roku - pewnie wybór będzie marny.

A niedługo miną 3 lata odkąd prowadzę bloga...

wtorek, 05 lipca 2016

Było tak: ledwo autokar ruszył niemal wszyscy rodzice krzyknęli: "yes, nareszcie wolność" ;) Dobrze, że dzieciaki tego nie słyszały :) Ba, niektórzy nawet zaśpiewali "wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni..." :) Ale teraz cisza i spokój w domu. Aż czuję się nieswojo... Dwa tygodnie wolnego.

12:56, mojeosobiste34
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 czerwca 2016

Matka pracująca i wracająca późno ogarnęła póki co obiady :) Gotuję je po prostu wieczorem - dania, które "mogą postać" np. zupy, gołąbki, gulasze, leczo, klopsiki, itd. po czym lądują w lodówce. Na drugi dzień, jak wrócę, albo wcześniej jak rodzinka zgłodnieje, są odgrzewane i nie ma już jedzenia obiadów o 19stej :) Ostatnio ugotowałam nawet ziemniaki, a na drugi dzień wrzucili na patelnię, posypali ziołami i podsmażyli. Ponoć były pyszne. No ja myślę, skoro się nie załapałam ;) Zresztą niektórych dań robię więcej, żeby były do odgrzania na dwa dni, a wtedy mam "wolne", znaczy mam czas, żeby np. poprasować zaległości. Całe szczęście, że ktoś wymyślił pralkę i zmywarkę :) Czekam jeszcze na automatyczne żelazko i poważnie zastanawiam się nad zakupem robota do odkurzania. Pewnie, że nie posprząta tak dokładnie jak człowiek, bo ja odsuwam meble, żeby wszystkie "koty" odkurzyć, a on się tam nie wgramoli, ale zawsze to będzie trochę lepiej.

W pracy wszystko w najlepszym porządeczku. Aż się boję tak pisać, żeby nie zapeszyć, bo różnie to bywa, ale jest naprawdę OK :) przynajmniej z mojego punktu widzenia, bo rodzinka oczywiście narzeka, że za długo mnie nie ma.

A wkrótce wakacje :)

Miłego dnia :)

czwartek, 12 maja 2016

Zauważyłam u nas ostatnio fatalną tendencję żywieniową. W sumie spowodował ją brak czasu na porządne gotowanie, które praktykuję już tylko w weekendy. W tygodniu ma być przede wszystkim szybko, bo jak już wszyscy dotrą do domu, to głód doskwiera. Kiedyś robiłam w wolnym czasie większą ilość pierogów, klusek czy krokietów i mroziłam. Ostatnio idę na łatwiznę, kupuję wszystko gotowe. Kiedyś obierałam do zupy warzywa, dziś kupuję mieszanki. Tragedia. I mniej zdrowo i drożej. Chyba muszę się zebrać w sobie i wrócić do dawnych zwyczajów. Najwyżej zrzucę na rodzinę sobotnie sprzątanie. Niech się uczą, a że nie będzie tak dokładnie, to cóż, coś za coś, im też się przyda i trochę ruchu i trochę obowiązków; a sama w tym czasie będę przygotowywać potrawy na następny tydzień do zamrożenia albo szybkiego zrobienia. No i trzeba będzie zrezygnować z mięs, które wymagają długiego duszenia na rzecz np schaboszczaków i filetów z kurczaka. Muszę sobie wszystko rozpisać.

Na szczęście dobra tendencja panuje w pogodzie. Jest cieplutko, ale nie upalnie; jak wieczorem wywieszę pranie, to następnego dnia jest suchutkie i pachnące. Poprałam już i schowałam zimowe ciuchy. Oby tak dalej :)

poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Zrobiło się ciepło i niektórym to zdecydowanie szkodzi. Część tej szkodliwości wygląda tak: zapowiadają, że w dzień ma być powyżej 20 stopni, więc nieważne, że rano jest +4, faceci startują w T-shirtach albo wręcz koszulkach na ramiączkach i krótkich spodenkach, jakby byli małymi chłopcami na plaży. U nas na osiedlu objawia się to też ogólnym rozluźnieniem - ludzie zostawiają furtki na osiedle otwarte, czasem wręcz je podpierając kamieniami (nie wiadomo skąd branymi), bo chcą sobie ułatwić wjeżdżanie i wyjeżdżanie rowerem i na rolkach i nieważne, że zamierzają wrócić dopiero za godzinę, niech stoi otworem. Zostawiają też otwarte drzwi do klatek i podparte, żeby się nie zamknęły, bo przecież trzeba wywietrzyć (jakby się tam obornik wylał). I nie patrzą na to, że od wielu lat pojawia się ten sam scenariusz: robi się ciepło, ludziska otwierają drzwi, a później pojawiają się ogłoszenia: ukradziono rower/wózek/próbowano się włamać do któregoś mieszkania, prosimy zamykać drzwi. Doprawdy, to nie jest mądrość po szkodzie lecz głupota po niej, skoro takie akcje się zdarzają co roku (zgodnie z zasadą Polak i przed szkoda i po szkodzie głupi). Nie dalej jak dwa tygodnie temu zadzwonił wideodomofon i pan w kapturze i czapce bejsbolówce, który starał się tak stanąć, żeby go za dobrze widać nie było, poprosił uprzejmie o otworzenie, bo "idzie do znajomych, ale się dodzwonić nie może". No to mu powiedziałam, że jak znajomi mu nie otwierają, to znaczy, że ich nie ma więc po co chce wchodzić do budynku. Po wymianie zdań nic nie wskórał, ale ktoś go tam wpuścił, a dzień później sąsiad mówił, że siedział sobie w pokoju i słyszał jak ktoś (o tej właśnie godzinie) za klamkę łapał i do mieszkania próbował mu wejść. No ale zawsze znajdzie się jakaś "uczynna osoba", która takiego wpuści, a później olaboga, złodzieje chodzą i kradną. Wcale się nie dziwię, skoro warunki sprzyjające ludzie zostawiają. Jakoś nikomu do głowy nie przyjdzie, żeby na parterze w mieszkaniach czy domach na oścież okna zostawić otwarte, albo - bez względu na piętro - drzwi do mieszkania, ale do budynku czy na osiedle to już nikogo nie obchodzi, dopóki coś nie zginie. Osobiście przez taką głupotę, bo to nawet nie jest beztroska, już rower straciłam. Ciekawe co by zrobiła wspólnota gdybym do nich wystąpiła z roszczeniem o odszkodowanie ;)

Na szczęście są też plusy pięknej pogody, które sprawiają, że żyć się chce bez względu na głupotę innych. Dziś widziałam pierwsze pszczoły. Mam nadzieję, że będzie ich więcej niż w zeszłym roku.

czwartek, 24 marca 2016

Ponieważ krótko pracuję, w tym roku urlopu przedświątecznego nie będzie. Ale wszystko sobie przemyślałam i rozplanowałam. Rodzinie zostawiam porządki :) a sobie przygotowanie posiłków i zakupy. Wyjątkowo w tym roku zamówiłam ciasta u pani, którą polecają sąsiadki, bo im od kilku lat piecze ciasta. Całe szczęście udało mi się dopisać na jej listę, która jest naprawdę długa. Myślałam, że skoro jest moda na pieczenie i gotowanie samemu to wszyscy tak robią, przynajmniej od święta, a tu proszę. Zresztą jak nam zasmakuje, to może w przyszłości też będę u niej zamawiać, tym bardziej, że menu ma długie, a ceny bardzo fajne. W robienie samemu wędlin też się w tym roku nie bawię. Kupię kilka rodzajów szynek i kiełbas i wystarczy. Do tego oczywiście jakieś serki i warzywa. Pewnie i tak się wszystkiego nie przeje i będziemy wykańczać po świętach.

Z innych bieżących rzeczy - kartki wysłałam, serwetki do koszyczka poprałam, bukszpan muszę kupić.

To tyle, bo trzeba wracać do pracy.

Wesołych Świąt !!!!!!!!!!

poniedziałek, 14 marca 2016

Wiele osób twierdzi, że życie w dużym mieście jest droższe niż w małym. Ja tak nie uważam, tzn. jest tak bodajże tylko jeśli chodzi o zakup nieruchomości. O tak, to na pewno, choć w miejscowościach turystycznych i uzdrowiskowych jest jeszcze drożej. Poza tym, moim zdaniem jest taniej. Co więcej, często spotykam się z tym, że właściciele sklepów w małych miejscowościach zaopatrują się właśnie w marketach, zwłaszcza w czasie promocji i wyprzedaży. Dlaczego? Bo jest taniej niż w hurtowniach spożywczych. Moja mama, która jest miłośniczką kupowania w małych sklepach, ze względu na "świeższe i lepsze produkty" kupowała tam kiedyś często pewien serek. Jak sama przyznała, jest drogi, ale to dlatego, że jest smaczny, naturalny, nie napakowany konserwantami, pochodzi ze sprawdzonej mleczarni i w ogóle skowronki. Zdziwiła się, kiedy jej znalazłam ten sam serek o połowę tańszy w markecie i powiedziałam, że pewnie pani ze sklepiku u nich się zaopatruje. Żeby nie było. Nie jestem przeciwniczką małych sklepów. Sama często robię u nich zakupy, kiedy nie chce mi się iść do większego. Bardzo lubię warzywniaki, które się zaopatrują na giełdach rolniczych. Ale uważam, że właśnie przez markety i większą konkurencję życie w mieście jest tańsze. Przykład miałam nawet wczoraj. Zepsuło mi się żelazko. Ponieważ służyło mi już wiele lat, postanowiłam go nie naprawiać tylko wymienić, bo zapewne koszty naprawy byłyby niewiele niższe (o ile w ogóle) od nowego. W jednym z marketów trafiłam na wyprzedaż. Kupiłam żelazko za cenę dużo mniejszą niż w innych sklepach (widziałam ten model w trzech, w których wcześniej byliśmy, o jakieś 120 procent droższy) i o prawie połowę mniejszą (z kosztami przesyłki) iż w necie na najpopularniejszym serwisie :) Jak widać nie trzeba brać żadnej pożyczki chwilówki, żeby sfinansować nagłe awarie. Wystarczy poszukać jakiejś promocji. Co prawda kusiły mnie dużo droższe modele, wyglądające raczej jak prototypy z jakiejś wystawy i żelazka parowe (na które się nie skusiłam z obawy przed wilgocią w domu spowodowaną nadmiernym parowaniem), ale ostatecznie doszłam do wniosku, że żelazko to żelazko i tak wyprasuje bez względu na ilość pokręteł :) Z drugiej strony należy uważać, żeby podczas takich promocyjnych zakupów zbyt dużo niepotrzebnych rzeczy nie trafiło do naszego koszyka, bo oszczędność może okazać się pozorna. Co prawda zapewne wykorzystamy te dodatkowo kupione rzeczy (pewnie głównie poprzez konsumpcję), ale skoro ich nie kupiliśmy w innym sklepie to znaczy, że nie były nam potrzebne :) Osobiście przed świętami lubię chodzić na zakupy z karteczkami. Nie marnuje mi się później niepotrzebnie jedzenie kupione "na wszelki wypadek", "bo może wykorzystam nowy przepis", "a może by to spróbować".

Miłych zakupów przed świętami. Wiem, że w tym roku są przed pierwszym, ale nie wydajcie wszystkiego ;)

piątek, 04 marca 2016

Zima, zima i po zimie. Na szczęście ochłodzenie było krótkotrwałe, a dziś już z powrotem mamy piękną, słoneczną pogodę. Nawet prania nie muszę już suszyć w domu :) Jeszcze trochę, a będzie można posiedzieć z kawką na dworze, bo na razie jednak jest za chłodno.

Weekend spędzę na spacerowaniu po galerii w poszukiwaniu prezentów na... Dzień Kobiet. Nie, nie dla siebie. Dla szkolnych koleżanek dziecka. Gorzej, że nie mam pomysłu i nikt nie chce nic podpowiedzieć. Wychodzi więc na to, że trzeba będzie zdać się na przypadek i łut szczęścia. Może przy okazji sobie coś fajnego znajdę ;)

A tymczasem - wolne :) Aż do poniedziałku :)

wtorek, 01 marca 2016

Po raz kolejny coś się w przyrodzie pokręciło. Oby nie na długo, bo już zdążyłam nastawić się na wiosnę :) A dziś rano za oknem było tak:

zima

Śnieg na szczęście mokry, więc powinien szybko spłynąć...

Miłego dnia :)

Tagi: śnieg zima
12:12, mojeosobiste34
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 lutego 2016

Właśnie przeczytałam, że jakieś tam badania pokazały, że Polacy strasznie się op.... znaczy marnują czas w pracy. Żeby nie było, nie jestem teraz w pracy :) Tylko na L4, bo mi się dziecko rozchorowało :( Moim zdaniem wszystko zależy od specyfiki pracy. Czasem ma się takie zajęcie, że nie ma czasu na nic dodatkowego. Czasem czeka się (np w sklepie) na klientów, więc też trudno byłoby sprzedawczyni zarzucać nicnierobienie, bo przecież nie wyjdzie na zewnątrz i nie będzie ludzi zapraszać. A czasem się po prostu człowiek dekoncentruje, wypala i najzwyczajniej potrzebuje po większym wysiłku chwili na odsapnięcie, żeby się zabrać za następne rzeczy. Ostatecznie 8 godzin pracy to dużo. Przypuszczam, że gdybyśmy pracowali po 7 godzin, byłoby to bardziej wydajne. Choć nie ukrywam, że zdarzyło mi się pracować w rozgadanym zespole, który miał zwyczaj siedzieć po 2-3 godziny dłużej (i narzekać na nadgodziny), a później jeszcze nierzadko zabierać pracę do domu, za to w godzinach pracy musiałam sobie uszy zatykać, żeby popracować, bo tak nawijali. Zdarzały się też przypadki wychodzenia na godzinny obiad albo na zakupy do galerii. Ba, w innej pracy zdarzało się nawet robić imprezki. Więc jeśli chodzi o marnowanie czasu w ścisłym tego słowa znaczeniu, to i owszem, uważam, że Polacy często marnują czas w pracy. Gorzej jest jednak z tym wycenianiem strat. Bo u nas strat nie było - za nadgodziny jakoś nikt nam nigdy nie płacił, a co miało zostać zrobione to było. Ba, myślę, nawet że pracodawca wychodził na tym na plus, bo pracując rzetelnie przez 8 godzin nie udałoby nam się tyle zrobić. Ale to jak widać też zależy i od pracowników i od pracodawcy. Zawsze pracowałam w młodych, ambitnych zespołach, więc praca na czas była zrobiona. Być może inaczej jest w zakładach, w których pracują osoby za mniejsze pieniądze, bez szans na awans i ich podniesienie. Gdybyśmy nie mieli motywacji, kto wie czy wyszłoby rzeczywiście na plus. No i zawsze był ponadto dobry system zarządzania nie pozwalający na przychodzenie do pracy po to, żeby odpocząć. No i tyle w temacie. A dziś jeszcze muszę podjechać do apteki, po kolejne lekarstwa (!) Słowo daję, szybko i łatwo można zbankrutować na chorobie, a apteki potrafią człowieka finansowo bardziej wykończyć niż banki. Muszę też podjechać do pracy bo czeka już na mnie pit przygotowany przez nasze biuro rachunkowe. Wrocław pewnie później tradycyjnie będzie zakorkowany i znów stracę sporo czasu, ale do 15stej nie mam z kim dziecka zostawić, więc dłuższa przeprawa mnie nie ominie :( Całe szczęście, że mam wyrozumiałego szefa (niestety przez to, że jego dzieciaki też często chorują) i nie muszę wpadać w nerwicę biorąc zwolnienie.

Właśnie dotarło do mnie, że za 4 dni będzie już marzec, a za miesiąc Święta Wielkanocne... Znowu czas mi przyspieszył. No może z wyjątkiem tych pięciu minut, kiedy się mierzy gorączkę. Wtedy ciągnie się niemiłosiernie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Tagi